Czy boimy się „Boga w mieście”?
Około dziesięć lat temu wczytywałam się w literaturę okresu międzywojennego, byłam do tego stopnia przytłumiona okropnością tamtego okresu iż niemal czułam oddech „wystraszonych dzieci żydowskich, które to ukrywały się w wagonie w stogu siana- przed czyhającymi na nich katami”… Siła i upór tamtejszych ofiar, będących w zniewoleniu sprawiały że, mi jako czytelnikowi, zaczynało szybciej bić serce. Ogromne pokłady niezrozumienia wobec – zezwierzęcenia ludzi – wobec słabszych… Jednak bijąca od „tamtych ofiar siła od Boga” dawała mi nadzieje… Nadzieje na to że, zawsze jest jakieś nowe jutro, nawet gdyby dziś dzień miał nam, legnąć w gruzach – jest jeszcze nadzieja na lepsze jutro… i to nie jest czysty slogan a prawda… w którą uwierzyłam. Lecz, mam w sobie samej, pewnego rodzaju niezrozumienie – sytuacyjne. Mamy dziś w świecie, niemal wszystko to, czego pragniemy, możemy się spełniać, samorealizować, być pomocnym pasterzem a jednak jesteśmy pogubieni – metanie, kulturowo… Czynimy z człowieka – z jego cielesności KULT a zapominamy o „środku” – o wyposażeniu… Czy dobrze się mieszka w pięknym domu – ale który to dom, nie ma nic prócz pięknych ścian…? Tak samo jest z Bogiem, sięgamy po niego – niemal tak jak jak sięga się po cukier z pułki sklepowej, gdy nam go brak…. Czynimy z niego „produkt” …. Czyni to jakąś, we mnie niezgodę… Dlaczego? Ponieważ lepiej być w mniejszym stopniu posiadaczem a w większym wymiarze, starać się odkrywać „mistyczność tego co mistyczne” i oddawać „świętość temu co jest święte”. Paradoksalnie w naszym „mieście” jest wiele „Bożnic” ale nie wiele w nich jest wiary i Boga tego prawdziwego… Zapominamy o istocie tolerancji wobec innej wiary… Bóg może mieszkać w różnych sercach i dotykać dłoni różnej rasy, i różny mieć kolor skóry…
